Przyznacie iż nazwa jest sympatyczna 🙂 Szczególnie w aspekcie ostatnio poruszanego tematu króliczych uszu i króliczego ogonka…
Ale do rzeczy.

Long Tail jest przeciwieństwem zasady Pareto, która określa, że mniejszymi środkami i nakładami można osiągnąć znacznie większe zyski i tak np.: 20% produktów firmy da jej 80% zysków, 20% ubrań noszone jest przez 80% czasu, 20% klientów przynosi 80% wartości sprzedaży, 20% kierowców powoduje 80% wypadków itp itd.

Long Tail działa odwrotnie.

Koncepcja Long Tail określa pewną statystyczną prawidłowość polegającą na tym, że w danej kategorii rynku sumaryczna wartość rynków niszowych jest większa od dominującego rynku masowego. Autorem koncepcji Long Tail jest Chris Anderson, który w Wired przedstawił swą teorię, jako optymalną do wielu aspektów współczesnego biznesu.

Najbardziej znanymi przykładami działania Long Tail są m. in. Amazon.com, iTunes Store, eBay – przedsięwzięcia, które zarabiają przede wszystkim dzięki swemu dłuuuugiemu ogonowi tj. posiadają i sprzedają pojedyncze i trudno dostępne egzemplarze. Zapotrzebowanie na te unikatowe rzeczy jest tak duże, że w sumie generuje więcej zysków niż sprzedaż produktów popularnych i masowych. Long tail w biznesie rozwinęło się przede wszystkim dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii i globalizacji rynku. Ale jak to się ma do bibliotek?

W zasadzie ślady Long Tail odnaleźć już można w filozofii Ranganathana i jego sławnych zasadach: każda książka dla czytelnika, każdy czytelnik dla książki. W bibliotekach powinny (przynajmniej teoretycznie) znajdować się bowiem takie materiały, które znajdą swych użytkowników zawsze, podobnie jak i w drugą stronę. Tak było i jest w przypadku bibliotek tradycyjnych, tak powinno być również w przypadku bibliotek przyszłości. I tak jak uważa twórca terminu Library 2.0: Michael Casey: Library 2.0 – rzecz jest wciąż o użytkownikach: jak zatrzymać tych których mamy i jak równocześnie aktywnie poszukiwać tych, którzy aktualnie nie korzystają z naszego serwisu.

Generalnie, tłumacząc to w kategoriach bibliotekarskich, chodzi więc chyba o to, że: należy dążyć do zaspokojenia nie tylko najpopularniejszych potrzeb informacyjnych czytelników, ale również (a może i przede wszystkim) próbować zaoferować swe usługi tym, którzy nigdy z bibliotek nie korzystali i nawet nie przyszłoby im do głowy, aby potrzebnych źródeł poszukiwać właśnie w tych placówkach i ich zasobach.

Badania amerykańskie ukazały, że Long Tail w odniesieniu do bibliotek przedstawia się nawet w jeszcze wyraźniejszych proporcjach: 20% kolekcji (a więc zaledwie 1/5 zbiorów) wykorzystywanych jest przez niezaprzeczalną większość użytkowników –80% (a nawet i aż 90%). A więc pozostałe 80% zasobów biblioteki to jest ten długi ogon?

I co powiecie na to [tak, tłumaczenie „autorskie” na podst. tego :poprawcie jeśli są jakieś błędy proszę]

Osiem zasad długiego ogona dla bibliotekarza:
1. Bądź odpowiedzialny przed swoimi użytkownikami
2. Szukaj, definiuj i służ społecznościom niedoinformowanym
3. Znajdź sposób do rozwiązania wszystkich problemów związanych z dostępem.
4. Bibliotekarze nie są brokerami informacji, ale mogą być jej filtrami
5. Możesz konkurować z „darmochą”
6. Zrozum paradoks Internetu (google, wiki), który zarazem jest jak i nie jest Twoim konkurentem
7. Wykorzystuj wszystkie możliwości usług, realne i wirtualne w celu zadowolenia użytkownika
8. Googlowanie jest jak praca poniżej minimalnej stawki tzn. otrzymane wyniki nie są warte poniesionego nakładu pracy (rozumiem to w ten sposób iż właśnie tutaj jest nisza dla bibliotek…???)

hm… Jaki jest promień myrdania ogonem polskiego bibliotekarstwa?

To pisałam ja: bożena jaskowska


Comments

9 komentarzy

  1. Remigiusz Lis on Kwiecień 30, 2007 9:40 am

    „Długi ogon” to pewna ekonomiczna abstrakcja, która wyjaśnia dynamikę wytwarzania i utylizacji dóbr – w warunkach obniżania kosztów transakcji (wytwarzania lub użytkowania). Ma to jak najbardziej zastosowanie do bibliotek i ich działalności kulturowej i informacyjnej.

    Podany przez Ciebie przykład wykorzystania zasobów bibliotek amerykańskich (jak go zrozumiałem) pokazuje raczej, że właśnie ich „długi ogon” – jest raczej krótki.
    Sądzę natomiast – ta rzecz byłaby warta sprawdzenia – dłuższy ogon mają biblioteki cyfrowe. Są tam hity mające kilka tysięcy odwiedzin, jest ogromna ilość „średniaków” oraz „dłuuuuuuuugi ogon” właśnie pozycji mających po kilkadziesiąt, kilkanaście wejść.
    Dlaczego tak się dzieje (znów się kłania współdyscyplinarność)? Chodzi właśnie o koszty transakcji związane z dostępem do pozycji bibliotecznych i sposobem pracy z nimi.
    Technologie sieciowo-komputerowe radykalnie obniżają te koszty – stąd przyprawiają „długie ogony” wszystkim je stosującym.

    W przypadku klasycznej biblioteki – do zasobu trzeba przyjść (przyjechać), trwa nawet jak najbardziej zautomatyzowane udostępnienie, istnieją ograniczenia co do ilości udostępnień/wypożyczeń, część zbiorów jest w ogóle wyłączona z wypożyczeń do domu i udostępniana jedynie w bibliotecznych czytelniach. Sam tekst niekiedy trzeba skserować lub zanotować. Podobnie sama „analogowa” forma tekstu (książka, mikrofilm)narzuca dość spore koszty transakcji w zakresie przeszukania ich tekstu.
    Istniej duża grupa ludzi, których motywacja i potrzeby poznawcze, zawodowe nie są aż tak silne, by te wszystkie koszty ponieść. Jest pewien próg po przekroczeniu którego wolą korzystać z bryków, Googla, streszczeń i notatek kolegów i innych wtórników, co oczywiście ma sie odwrotnie proporcjonalnie do jakość pozyskanej w ten sposób wiedzy.
    Rezygnują zatem z dotarcia do zbiorów biblioteki tradycyjnej, zadowalając się substytutami lub całkowicie zarzucają sprawę.

    Ten sam tekst umieszczony w środowisku sieciowo-cyfrowym ma zupełnie inny rozkład zainteresowania. Zasób biblioteki cyfrowej jest tak samo łatwo dostępny jak każdy wygooglowany zasób internetowy – biblioteka cyfrowa dostarcza teksty do domu ;-). W dodatku tekst ten często jest przeszukiwalny.

    Cytat z wypowiedzi Czytelnika z forum Biblioteka 2.0, który tę różnicę kosztów tak opisuje:

    „Potrafię także przejechać pół Polski, żeby zajrzeć do jakiejś rozpadającej się książki, której nie ruszał nikt od 40 albo i więcej lat.”

    i dalej

    „Zresztą to co robicie [bibliotekarze cyfrowi – dod. mój] jest naprawdę cudowne. Korzystanie z bibliotek cyfrowych jest jak serwowanie śniadania do łóżka. Każdy z nas to przecież lubi.”

    I tu właśnie leży ta różnica, bo kto przypuszcza, że wielu jest takich pasjonatów (tu: historii), którzy będą jechać „przez pół Polski” do jakiejś publikacji. Tych którzy zdecydują się ją wyklikać jest wiele więcej – tym bardziej że mogą to zrobić przy śniadaniu w łóżku :-).

    „Długie ogony” można tropić w wielu działkach bibliotecznych – więc wyobraźni – do boju. Ileż tu pasjonujących prac licencjackich i magisterskich można popełnić – i wszystkie z długimi ogonami.

    PS. Mówi się o konkurencyjności (lub nie-) internetu wobec bibliotek względem zasobu, jakości informacji, itd. Natomiast jakoś cicho o tym aspekcie – że internet jest właśnie ich potężnym konkurentem w aspekcie ekonomii informacji i kultury. Jest pewien próg kosztów, powyżej którego użytkownik zadowala się „gorszymi” treściami kulturowymi lub zupełnie z nich rezygnuje.

    Wygląda na to, że przy określonym progu kosztów transakcji dostępu i użytkowania – nawet te gorsze treści wypierają lepsze. I to jest prawdziwe memento dla bibliotekarstwa.

  2. zajac on Maj 6, 2007 7:45 am

    Bardzo elegencka prezentacja! dzięki bardzo! Jako ekonomiczna lama ( dziwny stwór 🙂 miałem problem z tym pojeciem. teraz lepiej mi. Jakkolwiek cały czas nie wiem czy długi ogon może machac zawsze czy jest tylko POTENCJALNOŚCIĄ , która macha kiedy ma warunki? Tj. w Amazonie macha bo został przyczepiony do odpowiedniego narzędzia (aparat info-promo, dystrybucja),a w bibliotekach nie macha (bo dane z USA wyrażnie potwierdzałyby funkcjonowania w btekach zasady Pareto!) bo nie zastosowano tegoz narzędzia?
    dzięki jeszcze raz!
    zajac
    Ps. Pliss, prosze zmienić pkt 5 – powinien chyba brzmiec :
    5. możesz konkurować z „darmochą” (przedmiotami, usługami dystrybuowanymi bezpłatnie)

  3. Remigiusz Lis on Maj 6, 2007 1:11 pm

    Hmm, ja także ekonomistą nie jestem, lecz tak na zdrowy rozum (i znaną mi literaturę) ogon może machać (i macha) tam gdzie następuje obniżka kosztów transakcji (a i też tzw. kosztów marginalnych, jak np. koszt wykonania kopii). W istocie ogon zależy od wielu czynników (kulturowych, politycznych, kompetencyjnych), które mogą go wydłużać lub skracać. Lecz te ekonomiczne są najistotniejsze.
    Tak się złożyło, że nowe media mają tę właściwość – usieciowione komputery, oprogramowane „wolnym” oprogramowaniem, wytworzonym przez społeczności i do użytku przez każdego, z tysiącami równie darmowych aplikacji – wręczyły setkom milionów ludzi na świecie narzędzia produkcji informacji. Kiedyś, by zaistnieć w jakimkolwiek obiegu należało zdobyć zainteresowanie wydawców, krytyków, recenzentów, którzy uruchamiali drogą machinę medialną propagującą pomysły autora. To sprawiało, że tylko nikła część populacji (Pareto) miała szczęście wypowiadać się na forum. Dziś każdy (Długi Ogon), dysponujący nawet skromnym potencjałem intelektualnym, może w cenie kilkuset złotych zostać globalnym producentem informacji, kultury, etc.
    Zmiany najszybciej były widoczne w biznesie, którego przedstawiciele są ograniczeni jedynie własną wyobraźnią co do poszukiwania nowych modeli biznesowych i zarabiania pieniędzy. Ale dotyczy to również bibliotek, które w obliczu wielkich zmian kulturowych stoją przed koniecznością wypracowania swoich „modeli bibliotecznych” – jeśli chcą przetrwać.
    Ale to nie jest też tak, że wstawienie końcówki internetowej do biblioteki zrobi z niej bibliotekę 2.0 z długim ogonem. Trudno mi jednym trafnym słowem określić to co robi technologia z kulturą i instytucjami – ona posiadając pewne właściwości „nakłania”, „sugeruje”, „podpowiada” pójście w określonym kierunku, obiecując zwielokrotnienie energii działań (czyli synergię) w przypadku zgodności z jej filozofią. Ale też przynosi koszty (kontrola transmisji, filtrowanie, recenzowanie ex ante) – w sytuacji przeciwnej.
    W bibliotekach długie ogony kiepsko działają, bo one słabo „czują bluesa” tej technologii. Sieciowe komputery są tam zazwyczaj używane jako szybkie liczydła, zbiorniki danych, środki komunikacji, czyli takie elektroniczne młotki, piły i wkrętarki lub w najlepszym wypadku faksy i telefony.
    Mam także takie podejrzenie, że jedną z istotnych przyczyn, dla których one tam nie chcą machać to fakt, że sieciowo-komputerowa technologia narusza po prostu pewną tradycyjną pokoleniowo-kompetencyjną „równowagę władzy” w bibliotekach.

  4. zajac on Maj 6, 2007 9:41 pm

    Znaczy ja myślę prostacko:

    jeżeli opak w bibliotece na moje zapytanie o harry pottera/ludluma/agate christie wyrzuci mi odpowiednią sygnaturę, ale także zapyta grzecznie , pod spodem czy wiem że są takie ksiązki które są podobne i fajowe i jakie ksiązki przeczytali inni, którzy dokonali wcześniej takiego potterowego przeszukania – ogon drgnie

    Jeżeli w opaku bedzie – na wejściu zamontowana – jak w Ann Arbor – tag cloud z powiekszonymi ciekawymi tagami, klikalnymi i prowadzącymi do odpowiednich książek – ogon drgnie

    jeżeli to wszystko będzie ozdobione obrazkami (celowo używam tego okreslenia!) okładek – ogon drgnie a może i zamacha.

    Przekładając z kynologii (psiarzem jestem) na bibliotekarskie: uruchomi się martwa część księgozbioru.

    Deja vu? prawda? A,a,a? aammaaaazon!

    smutek mnie jednak przepełnia! głównie dlatego, że oglądałem dużo sajtów bibliotek amerykańskich 2.0 , Kankakee, Ann Arbor i inne Denver i inne (ten wykład….) i sprawdzałem coś. Wiesz, wiecie, co może zabic idee library 2.0 ? Nigdzie nie ma wpisów, komentarzy: w żadnych blogach bibliotecznych, nikt nie ogląda bibliotecznych Flickrów, Myspace bibliotek oglądają albo inne biblioteki albo szczyle, którzy mają nowy sport „wpisz mnie NA TOPIE swojej listy przyjaciół” (taki łańcuszek….). Nie znam sprawozdań z efektywności, ale przyszło mi do głowy , że L 2.0 to może taka fajna, dobra, wymyślna idea jak internet w komórce. Fajna, tylko czumuś prawie nikt nie korzysta 🙁
    Zimno mi się zrobiło…
    Z pesymistycznym pozdrowieniem;
    zajac

  5. zajac on Maj 6, 2007 10:08 pm

    plis, plis moderatorze drogi: popraw – zgodnie z wolą i prośbą autorki – tłumaczenie pkt. 5 postu.

  6. Remigiusz Lis on Maj 6, 2007 10:58 pm

    Ależ masz rację, nigdzie nie jest napisane, że biblioteki w ogóle oraz te, które próbują nowych praktyk, staną się nagle megagwiazdami w galaktyce internetu. I że ta akcja się w ogóle uda.
    Internet spowodował, że stała się rzecz straszna: teksty, które zawsze były domeną, ostoją i szańcem obronnym bibliotek oraz dumą (że tak sobie świetnie z nimi radzą) bibliotekarzy – wyciekły do cyberprzestrzeni. Tam każdy może tekst wyprodukować, każdy może go komentować, każdy sklasyfikować i każdy – udostępnić. Nie potrzeba do tego żadnych bibliotek ani bibliotekarzy.
    Co gorsza, zdaje się, że cały ten internetowy interes zmierza nie w kierunku katalogowania i klasyfikowania (tu byłby plus dla bibliotekarzy), lecz w kierunku maszynowego wyszukiwania (tu plus dla wyszukiwarek).
    Długi ogon nie dotyczy jedynie utylizacji bibliotecznego księgozbioru – to był jedynie prosty przykład obrazujący zjawisko. Długi ogon dotyczy także cywilizacyjnego położenia bibliotek w pejzażu kulturowych instytucji – łącznie z takimi jak Youtube, Flickr, itp.
    O to położenie można powalczyć, próbując świadczyć usługi, których nikt nie świadczy albo robi to gorzej. I w dodatku usługi, jak je widzą ich użytkownicy, a nie ustalone a priori przez jakiś „autorytet” lub „tradycję”. Żeby zaś tego się dowiedzieć trzeba z nimi gadać i współdziałać, a potem je próbować realizować – nieustannie testować, modyfikować, rezygnując z nietrafionych, wymyślać nowe.

    Dzisiejszy biznes, który MUSIAŁ stać się „dwuzerowy”, ma takie hasło: „Współdziałaj albo giń!”.

    Ciekawe, czy biblioteki też sobie takie zafundują.

  7. zajac on Maj 6, 2007 11:15 pm

    już sobie zafundowały: nazywa sie Library 2.0

  8. dan.ka on Maj 7, 2007 10:11 am

    Przyznajmy jednak uczciwie, że każda nowa generacja ma prawo dopisać sobie kolejne cyferki przy własnej nazwie i bynajmniej wcale nie z powodu „wymyślnej idei”.
    Jeśli porównamy pierwszą komórkę i pierwszego Windowsa z tym, co jest teraz, to okaże się, że z pierwotnej idei zostało bardzo niewiele. I cóż z tego, że telefon nadal służy do telefonowania, a Windows do podręcznych prac ekonomiczno-biurowo-grafcznych? Hasła „telefon” i „Windows” wywołują zupełnie inne skojarzenia, niż kilkanaście lat temu. Myślę, że podobnie stanie się z Library 2.0; 3.0…

    Milczenie w przestrzeni uwolnionej dla klienta to chyba raczej „nakładka kulturowa” – odzwierciedlenie nawyków społecznych i hierarchii upodobań, które przejęte zostały po kulturze tradycyjnej. Z drugiej strony, nie było dotąd aż tak tragicznie ze społeczną aktywnością w bibliotekach. Należy więc spokojnie przyjąć, że znajdzie się zawsze jakaś grupa chętnych do kontaktu z L 2.0. Głupio jest jednak zakładać, że już na samym wstępie cyfrowych działań, ludzie będą gościć przede wszystkim w bibliotece – bo też tak nigdy nie było.

    Internet w komórce wydaje się przypominać kwiatek do kożucha, wyraża jednak ogólny trend do bycia multi-użytecznym, nawet wówczas, gdy podstawowa funkcja bardzo odbiega od oferowanych dodatkowo usług. Dyskoteka w bibliotece? Albo zawody sportowe? No, ciągle jeszcze nie, ciągle jeszcze integracja biegunowo różnych działań, by wprowadzić z sukcesem własny produkt do społecznego obiegu, wydaje się tutaj dziwactwem. Książka – wielka pani – nie bawi się na dyskotekach, nie zjeżdża grzbietem na deskorolce – zabawy w jej obecności mogą przydarzyć się dzieciom, rzadziej nastolatkom, a już prawie wcale starszej młodzieży i dorosłym.

    Czy L 2.0 zmieni kulturę usług świadczonych przez bibliotekę? Czy zwiąże własną ofertę z tymi rodzajami aktywności, które znajdują się w centrum społecznej uwagi? Raczej nie pytam o zasadność Internetu w komórce, pytam, dlaczego w niej ciągle jeszcze nie ma książek z biblioteki – na przykład w wersji audio, skoro życie prywatne stało się takie „słuchawkowe” ??

    d.

  9. “Historia w Internecie - Internet w historii” (sprawozdanie) | Historia i Media on Czerwiec 3, 2009 12:25 am

    […] może pomóc w zrozumieniu roli internetu w popularyzowaniu zasobów historycznych (zob. Jak to z tym długim ogonem bibliotek jest?). Kolejną ideą wartą uwagi jest Open […]

Name (required)

Email (required)

Witryna internetowa

Co o tym myślisz

Security Code: